To co w ostatnich dniach dzieje się na polskich kolejach ma co najmniej dwa wymiary. Techniczny, związany z warunkami atmosferycznymi, które okazuje się, stanowią ekstremalną próbę dla służb odpowiedzialnych za utrzymanie normalnego ruchu. I drugi, równie ważny, czynnik to sfera informacyjna wobec pasażerów i społeczeństwa, która, jak dziś widać została na początku fundamentalnie zlekceważona.
Na początku tego roku, byliśmy, jak chyba prawie każdy, przytłoczeni słowem „kryzys” odmienianym przez wszystkie możliwe przypadki. Postanowiliśmy, przynajmniej mentalnie stawić odpór. Wtedy była to chyba jedyna, czynna, forma oporu. Nie było bowiem jeszcze wiadomo w jakim stylu i kogo ów kryzys zmiecie z gospodarczej mapy naszego kraju.
Pod koniec ubiegłego roku, wedle danych GUS, 333 zakłady pracy w naszym kraju, deklarowały konieczność dokonania zwolnień zbiorowych; w praktyce oznaczało to wymówienie niespełna 30 tysięcy pracownikom. Jak ta statystyka będzie wyglądała w tym roku, nie ma jeszcze precyzyjnych danych.
To co się dzieje pod Kupieckim Domami Centrum jest wręcz książkowym przykładem w jaki sposób nie przygotować się do medialnego zarządzania sytuacją kryzysową.
Oficjalna komunikacja dotycząca tragicznej śmierci naszego rodaka w Pakistanie i tego co się wydarzyło lub nie wokół tej sprawy skłania do co najmniej dwóch niewesołych refleksji. Po pierwsze niektórzy politycy nie opanowali sztuki inteligentnego komunikowania w kryzysie. Po drugie w cieniu tragedii zaczęło się właśnie polowanie jednych na drugich.